Trzecim rozmówcą, w cyklu wywiadów „W drodze do Sejmu”, jest Zbigniew Kołodziej, kandydujący do izby niższej parlamentu z listy Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Zbigniew Kołodziej od jesieni ubiegłego roku jest radnym Sejmiku Województwa Lubuskiego. Ponadto powierzono mu funkcję przewodniczącego Komisji Rolnictwa i Ochrony Środowiska. Przez 26 lat był radnym Rady Miejskiej w Świebodzinie. Od 1986 roku pełni także funkcję sołtysa wsi Rozłogi. Od ponad dwudziestu lat prowadzi sześćdziesięciohektarowe gospodarstwo rolne. Z żoną Elżbietą mają trójkę dzieci.
Andrzej Lichuta: Po roku pracy w Sejmiku już się panu znudziło, że chce pan startować w wyborach do Sejmu?
Zbigniew Kołodziej: Nie, absolutnie się nie znudziło. Czasami po prostu są nowe wyzwania. Chcę również zobaczyć jak będzie wyglądać poparcie społeczne, czy go przypadkiem nie utraciłem. Może okaże się, że jest tendencja wzrostowa.
Część wyborców uważa, że osoby które w ubiegłorocznych wyborach samorządowych uzyskały, tak jak pan, mandat, nie powinny startować w wyborach parlamentarnych. Co pan na to?
Oczywiście można mieć różne odczucia. Sądzę, żegdybybyły wybory z okręgów jednomandatowych, to sytuacja byłaby zupełnie inna. Jednak ordynację mamy jaką mamy i podstawowym celem jest przekroczenie przez partię progu i osiągnięcie dobrego wyniku. Dlatego na listach znalazły się najlepsze osoby z danego ugrupowania, które powinny otrzymać tyle głosów, które zagwarantują sukces.
To na pewno racjonalne podejście z punktu widzenia poszczególnych partii. Jednak czy jest to w porządku wobec wyborców, którzy mogą powiedzieć– daliśmy panu Kołodziejowi mandat po to, żeby nas przez cztery lata reprezentował właśnie w Sejmiku, a pan Kołodziej chce iść wyżej. Nie tak się umawialiśmy.
Faktycznie różnie można na tą sprawę patrzeć. Jestem bardzo wdzięczny za poparcie, jakie otrzymałem rok temu i które pozwoliło mi na reprezentowanie wyborców w Sejmiku Województwa Lubuskiego. Bardzo szybko się uczę w nowych strukturach samorządowych. A czy otrzymam mandat poselski, to wszystko zależy od mieszkańców. To oni zadecydują, czy moja kandydatura zasługuje na to żeby być w Sejmie, czy też będą woleli, żebym nadal reprezentował ich w Sejmiku. Jeżeli taka będzie ich wola, to ją oczywiście zaakceptuję. Jestem do ich dyspozycji.
Czy doświadczenie samorządowe, jakie zdobył pan przez lata zasiadania w Radzie Miejskiej Świebodzina i teraz w Sejmiku, predysponuje pana do reprezentowania mieszkańców naszego powiatu w Sejmie?
W przypadku ewentualnego wyboru – czym chciałby się pan zająć? Na usta ciśnie się rolnictwo.
Na pewno tak. Widziałbym siebie w komisji rolnictwa. Interesują mnie również sprawy związane z samorządnością, którym chciałbym poświęcić wiele swojego czasu i uwagi. Myślę, że sprawy związane właśnie z samorządnością, z którymi miałem do czynienia na szczeblu gminy jak i województwa, powinny być korygowane.
Spotyka się pan z wyborcami? O czym pan z nimi rozmawia?
Tak, często. Będąc radnym Sejmiku łatwiej jest o taki kontakt. W pewnym stopniu jestem osobą publiczną. Gdy spotykam się z ludźmi staram się im przekazywać informacje na temat swojej pracy i zagadnień, którymi się zajmujemy na forum Sejmiku. Nie chcę, żeby dla ludzi był to temat obcy. Zależy mi na tym, żeby ludzie wiedzieli czym radni się zajmują.
Liczy pan głównie na głosy mieszkańców wsi?
Chciałbym być głównie reprezentantem mieszkańców Powiatu Świebodzińskiego, niezależnie od tego czy mieszkają na wsi, czy w mieście. Właśnie na wyborców z tego terenu liczę. Jeżeli w swojej kolebce głosów się nie otrzyma, to nie ma w ogóle co marzyć o sukcesie. W ostatnich wyborach do Sejmiku z terenu naszego powiatu startował oprócz mnie także Tomasz Możejko i Edward Fedko, którzy zdobyli najwięcej głosów. Teraz obaj panowie nie startują. Patrząc na to z boku można mieć nadzieję, że moje szanse rosną – osoby, które przed rokiem zdobyły tutaj więcej głosów, w tych wyborach nie biorą udziału. Wierze, że Świebodzin i powiat zasługują na mandat poselski.
Pytałem już o to pańską konkurentkę i zarazem koleżankę, ale jestem ciekaw pańskiej odpowiedzi. Czy nie uważa pan, że w sytuacji, w której pan, jak i Jolanta Starzewska, startujecie z tego samego terenu, nie pozabieracie sobie wzajemnie głosów i w efekcie powiat straci szansę na to aby mieć własnego posła?
Część elektoratu na pewno zagłosuje na koleżankę Starzewską, bo mamy chyba podobnych wyborców. A czy zadecyduje to o mandacie? O tym będziemy wiedzieć 10 października.
Gdyby otrzymał pan mandat, ten sukces mógłby zostać potraktowany jako niespodzianka?
Wszystko zależy od wyborców. W pewnym stopniu byłaby to niespodzianka, ale na szczęście decydują o tym wyborcy, a nie ranking, czy pozycja na liście wyborczej (Z. Kołodziej ma numer 13 – przyp. AL.). Rozmawiając z mieszkańcami odczuwam ich wsparcie. Mało która osoba jest do mnie negatywnie nastawiona. Cieszę się z ich deklaracji, z których wynika, że chcą popierać „swojego”, a nie koniecznie tego kandydata, którego najlepiej widać na plakatach. Ja funkcjonuję na tym ternie, w tym środowisku i to na pewno się nie zmieni.
W drodze do Sejmu