Miłośnicy najnowszej historii Świebodzina mogą pomału zacierać ręce z radości. Powód? Na ostatniej prostej znajdują się przygotowania do druku książki Kazimierza Gancewskiego, która będzie kontynuacją bestsellerowej, na naszym lokalnym rynku wydawniczym, książki Świebodzin spod przymkniętych powiek, a ta światło dzienne ujrzała w czerwcu 2011.
Wstęp do książki zatytułowanej Świebodzin - ludzie - budowle – anegdoty jest niezwyczajny. Stanowi go list filozofa kultury - Ryszarda Różanowskiego do autora. Profesor Uniwersytetu Wrocławskiego – Świebodzinianin, sympatycznie odnosi się do przyjętego - mikrologicznego sposobu pisania historii zachęcając do kolejnych prac.
W studwudziestostronicowej książce pięć rozdziałów zostało poświęconych kolejno: I - c.d. wspomnień tym razem o budowaniu i podróżowaniu, II – budowlom, obok których przechodzimy nie mając dostępu do ich wnętrz, III - swoje miejsce ma historyczny remont ratusza oraz nigdy nie opisywane Sandvilla i willa rodziny von Sallet, IV - anegdoty ze Świebodzinem w tle (jest ich ponad setka), V - pożegnania, wspomnienia niebanalnych postaci, które Kazimierz Gancewski chciałby ocalić od zapomnienia: m.in. Józef Wydrzycki, Zofia Zalewska, Waldemar Śron, Paweł Głodowski, Jerzy Hanuszewski, Marian Barszcz, Zofia Kędzierska, Olgierd Iwaszkiewicz, Stanisław Jagiełło czy też Stanisław Kielich.
W książce Świebodzin - ludzie - budowle - anegdoty K. Gancewski zrealizował swój zamiar przybliżenia zabytku, o którym, jak się wydaje, wiemy niewiele. Stąd kilka stron poświęconych kościołowi pw. NMP KP, który jest trzecią świątynią stojącą w tym miejscu. Interesujące są wnętrza 60-cio metrowej wieży oraz sytemu grzewczego z 1900 r. Cenne witraże z Quedlinburga z zachowanymi herbami Schwiebus rozciągnięto na całych kartach książki, co umożliwia staranne przyjrzenie się postaciom.
Czy nowa książka okaże się równie pożądana jak poprzednia, której dwa wydania rozeszły się niczym gorące bułeczki i ustanowiły rekord na miejscowym rynku czytelniczym? Czas pokaże, ale pewne jest jedno – mniejsza popularność byłaby sporym zaskoczeniem, żeby nie powiedzieć rozczarowaniem. Wszystko okaże się wczesną wiosną. Właśnie wtedy w nasze ręce powinna trafić pachnąca jeszcze farbą drukarską książka.
Jedna z ponad 100 anegdot zawartych w książce
Pod księgarnią na ul. Głogowskiej stawał latem barakowóz z grami. Można było pograć na fliperze - elektrycznym bilardzie z amerykańskie-go demobilu, postrzelać bolcami do tarczy z cyframi, których suma dawała nagrodę, pociągnąć za tasiemkę z przywiązanym fantem, rzucić monetą na pokratkowany blat lub wiklinowymi kółkami na butelki wina. Eleganckim wobec pań było strzelanie z wiatrówki do szklanych fifek z wetkniętymi kwiatami z kurzych piórek. Bardziej krewcy rywalizując o wino mogli rzucić szmacianymi piłkami do stosu puszek. Jedną z atrakcji takich miejsc był „Żydek”. Czerwona gablotka zawieszana na wysokości twarzy gracza. Za szybką widniał wąż 50. groszówek (później złotówek), które spadały jako nagroda, gdy grający manipulując czapką - koszyczkiem złapał spadającą kulkę. Można było wy-grać 1-2-3-4-5 monet. Bywało, że spłukani i zawiedzeni tłukli pięścią w gablotę, by wypadło choć kilka złotych. Żwawy dziadek zawiadujący barakowozem to przewidywał i lał gdzie popadło grubym kablem przygotowanym na taką okazję!