Ponad dwie godziny brodzenia w głębokiej wodzie, błocie, w śmierdzących rowach pełnych przeróżnego paskudztwa. Brzmi jak tortura? Zdecydowanie tak. Co najdziwniejsze są ludzie, którzy z własnej i nieprzymuszonej woli decydują się na takie „atrakcje”. W tym również z naszego terenu.
Bieg Katorżnika, to jedna z najbardziej znanych w Polsce imprez dla ludzi, którzy lubią dać sobie w kość. I to w sposób ekstremalny. W połowie sierpnia, w Lublińcu odbyła się siódma edycja biegu. Wśród blisko ośmiuset uczestników z Polski i zagranicy, znalazło się także dwóch mieszkańców Lubrzy. Ojciec i syn – Remigiusz i Axel Walendzik.
Ubiegłoroczna edycja uznana została za zbyt łatwą, dlatego organizatorzy (Wojskowy Klub Biegacza z Lublińca) postanowili utrudnić życie zawodnikom. – Podkręcili śrubę na maxa. W zeszłym roku trasa liczyła osiem kilometrów, a w tym do przebycia było aż trzynaście – mówi R. Walendzik.
Na trasie, na którą wypuszczano co godzinę po sto kilkadziesiąt osób, czekało całe mnóstwo przeszkód do pokonania. Wśród nich brodzenie w głębokiej wodzie, z nierzadką koniecznością przepłynięcia niektórych odcinków. Nie było to proste zadanie, bowiem po drodze śmiałkowie zbierali na sobie niesamowite ilości glonów, które w tym roku nadzwyczaj obrodziły. Do tego przedzieranie się przez trzciny i wszelką inną wodną roślinność. Dalej czekały bagna i mokradła. Wykańczające było także wskakiwanie i wydrapywanie się z rowów pełnych śmierdzącego błota, „wybełtanego” setkami stóp, które potrafiło dosłownie wessać (i już nie oddać) buty, albo nawet oderwać podeszwę (!). Dlatego co bardziej zapobiegliwi uczestnicy mocowali buty mocną, samoprzylepną taśmą.
Ciężko było także na odcinkach leśnych, pełnych przeróżnych wymyślnych przeszkód. Pod koniec „katorżnikom” zafundowano „na deser” mały tor przeszkód, w tym czołganie się pod drutem kolczastym, przez betonowe rury, czy też przeciskanie się przez ułożone w rzędzie opony samochodowe. Dopiero po odbyciu wszystkich tortur można było, przy ogłuszającym dopingu kibiców, których większość stanowiły rodziny śmiałków, wbiec na metę ciesząc się z jej osiągnięcia, co nie wszystkim się udało. Warto wspomnieć, że wśród zawodników znaleźli się „wariaci”, którzy wystartowali w kategorii Alcatraz – startowano w parach w których uczestnicy skuci byli łańcuchem.
Niektórzy docierali na metę nawet po blisko pięciu godzinach od startu, gdy czasy najlepszych rozpoczynały się od 2:37:05. Dla porównania najlepszy ubiegłoroczny wynik był o półtorej godziny lepszy! – Okazało się, że daliśmy radę. Na trasie wyprzedzaliśmy nawet zawodników, którzy wystartowali dwie godziny przed nami – relacjonuje Remigiusz Walendzik, który opowiada, że w każdej kieszeni spodenek w których biegł, przyniósł na metę kilogramy błota. – Jeszcze trzy dni po imprezie śmierdziałem mułem. To chociaż w pewnym stopniu pokazuje, z czym tak naprawdę musieli się mierzyć „szaleńcy”, którzy zdecydowali się na udział w Biegu Katorżnika. Każdy z nich otrzymał pamiątkowy „medal” – kawał żelastwa z podkową na solidnym łańcuchu.
Axel Walendzik okazał się szybszy od ojca (2:52), który pojawił się na mecie siedem minut po swojej latorośli. Warto podkreślić, że Axel jest prawdopodobnie jedynym niepełnoletnim zawodnikiem (ma 17 lat i do biegu został dopuszczony za specjalnym zezwoleniem organizatorów), który przebył trasę dorosłych katorżników.
Podziwiamy i gratulujemy!
Zawodnicy z Lubrzy na najbardziej ekstremalnym biegu w Polsce