Świebodzińska Pogoń zakończyła trzecioligowy sezon 2010/ 2011 na znakomitym trzecim miejscu, czego chyba mało kto się spodziewał przed startem ligi. Wiele wskazuje na to, że pomimo takiego osiągnięcia, był to ostatni sezon w III lidze seniorów Pogoni, przynajmniej na jakiś czas. Powód? Oczywiście finanse. Między innymi o tym w rozmowie z trenerem Rafałem Wojewódką.
Andrzej Lichuta: Sezon zakończony pięknym wynikiem. Trzecie miejsce to znakomite osiągniecie. Spodziewał się pan tego?
Rafał Wojewódka: Myślę, że przed sezonem nikt się nie spodziewał takiego wyniku. Po pierwszej rundzie nadzieje były może większe niż ostatecznie się skończyło. Ale z perspektywy tego co się wydarzyło, czyli po tych cięciach finansowych które nastąpiły, nie byliśmy w stanie walczyć o drugą ligę, a w konsekwencji spadliśmy na trzecią pozycję. Szkoda, bo można było to drugie miejsce zająć.
Brak pieniędzy był czynnikiem demotywującym?
Każdemu człowiekowi wpływa na psychikę i motywację sytuacja, w której, jak w naszym przypadku, umawiając się na konkretną pensję, nagle zostaje mu ucięta jej połowa. W głowie to zostaje i było to widać, może nie na początku, ale w końcówce rundy, gdzie motywacja upadła.
Czy to Pogoń była tak dobra, czy może rywale byli tak słabi?
My ten zespół budowaliśmy przez 2,5 roku. Widać było, że stopniowo gramy coraz lepiej, że się podnosimy w tabeli. Już nawet piąte miejsce, które zajęliśmy rok temu, było obiecujące, szczególnie po latach, gdy Pogoń ledwo się utrzymywała w lidze. W poprzednim sezonie byliśmy w czubie tabeli, a ten pokazał, że osiągnięty wynik nie był przypadkowy.
Które ze spotkań w rundzie rewanżowej było najcięższe?
Najbardziej dotkliwą porażką, którą zapamiętałem, była przegrana 1:4 z Lechią Dzierżoniów. To był mecz przełożony, rozegrany w tygodniu. Nasi zawodnicy, którzy w 90 procentach pracują, musieli zwalniać się z pracy. Dotarliśmy na miejsce w ostatnim momencie i z biegu wyszliśmy na spotkanie. To było widać w pierwszej połowie, gdy byliśmy dużo wolniejsi od rywala. To najbardziej mnie zabolało.
Czy któryś z pańskich piłkarzy zaskoczył pana szczególnie na plus?
Nie chciałbym nikogo tutaj wyróżniać, bo to przecież cała drużyna zapracowała na wynik, począwszy od bramkarza, skończywszy na napastnikach. Wszyscy zasługują na pochwałę.
Nie da się ukryć, że mecze rozgrywane w Świebodzinie odbywały się przy niemal pustych trybunach. Czy to deprymowało? Czy nie odnosiliście wrażenie, że gracie tylko dla samych siebie?
To wrażenie na pewno było. Przecież wiadomo, że kibice to ten dwunasty zawodnik, szczególnie gdy gra się u siebie. Na pewno nie wpływało to pozytywnie na nastrój, na podejście zawodników i motywację. Bo przecież gdy gra się na własnym obiekcie, to gdy jest doping, to nawet gdy człowiek opada z sił coś tam jednak zdoła wykrzesać i gra do końca. Jednak ta sytuacja nie ma miejsca tylko w Świebodzinie. Gdy jeździliśmy na spotkania do różnych miejscowości to, chyba z dwoma wyjątkami, sytuacja wyglądała bardzo podobnie. Nie wiem co się stało, ale zainteresowanie piłką nożną w niższych ligach generalnie upadło.
Wiele osób twierdzi, że przyczyną małej liczby widzów na meczach jest to, że w pierwszej drużynie nie grało zbyt wielu zawodników ze Świebodzina, wychowanków Pogoni. Sięgnął pan po naszych, gdy sytuacja kadrowa po meczu w Dzierżoniowie, kiedy wielu zawodników z podstawowego składu musiało pauzować, była fatalna.
Rok temu zawodników ze Świebodzina w składzie mieliśmy więcej. Niestety tacy zawodnicy jak Szczepanek, Sankiewicz, czy Obuchanicz wybrali inną drogę, być może finansową, bo wiadomo, że w Pogoni tych pieniędzy nie można było im zapewnić. A my mamy tą młodzież, która być może rokuje nadzieje, co pokazali w meczu z Twardym. Choć ten mecz był bardzo słaby, zarówno w wykonaniu Świętoszowa i naszym. Ale zagrali, pokazali, że coś tam umieją i że można mieć nadzieję na to, że będą u nas w piłkę grali. Ale my walczyliśmy od pierwszego meczu o najlepszy możliwy wynik. Nie ukrywamy, że liczyliśmy na to, że gdy go osiągniemy, to miasto się do nas bardziej uśmiechnie. Tak się nie stało. Być może był to błąd od samego początku.
Gdy zaczynał pan pracę z Pogonią zapowiadał pan, że szkolenie młodzieży będzie jednym z ważniejszych zadań, a pan będzie to w pewien sposób koordynował. Mam wrażenie, że nic z tego nie wyszło. Dlaczego?
Rzeczywiście tak było. Chcieliśmy stworzyć szkółkę, jednak z pewnych przyczyn niezależnych od nas, tylko organizacyjnych, nie doszło do jej utworzenia. To miało być głównym elementem piłkarskiego rozwoju świebodzińskiej młodzieży. Szczerze powiem, że czasami podejście chłopców jest zniechęcające. Przychodzi się na trening, a ich jest sześciu. Gdy zorganizowaliśmy treningi z Łukaszem Merdą mieliśmy nadzieję, że fakt iż występował w ekstraklasie przyciągnie ich na treningi. Niestety nawet to nie przyniosło oczekiwanego efektu. Sam nie wiem dlaczego tak się dzieje. Młodzież w wieku juniora, ma chyba po prostu inne zainteresowanie niż piłka nożna.
Można odnieść wrażenie, że te dzieciaki w pewnym momencie zostały pozostawione same sobie.
Chłopcy mieli swoich trenerów. Ja na ten temat nie będę się wypowiadał. Nie jestem trenerem juniorów. Jestem… byłem trenerem pierwszego zespołu, a każda grupa miała swojego trenera i myślę, że pytanie, dlaczego zawodnicy zostali pozostawieni sami sobie, powinno być skierowane do nich.
Co dalej? Podobno jest pan już trenerem Formacji Port 2000 Mostki.
Do końca czerwca jestem trenerem Pogoni, a z tego co się słyszy, to pierwszego zespołu jako takiego nie będzie. Na pewno nie będę czekał do ostatniej chwili, bo trener nie może przyjść do jakiegoś klubu 1 lipca i zapytać, czy go wezmą do pracy, bo pewnie do tego czasu w każdym klubie klocki będą już poukładane. Może zawodnicy są w innej sytuacji, ale ja muszę tej pracy sobie sam szukać. Także być może od 1 lipca będę trenerem Portu 2000.
Wszystko wskazuje na to, że to koniec seniorskiej piłki w Pogoni. Przynajmniej na jakiś czas. Czy po tak świetnym wyniku jaki zrobiliście, serce nie boli?
Oczywiście, że jest smutek z tego powodu, bo mimo wszystko szło to dobrą drogą i zespół, gdyby pozostał w tym składzie, mógł się liczyć w walce o awans w przyszłym sezonie. Do tego potrzebna byłaby także lepsza organizacja i większe pieniądze. Ale tak to jest w życiu – gdy są pieniądze, to są jakieś aspiracje i chęci, a jak pieniędzy nie ma, to ludzie uciekają i stają się po prostu zniechęceni.
Czy zarząd zawiódł w tym aspekcie?
Nie chciałbym się wypowiadać na temat, czy to wina zarządu, czy może miał za małe poparcie. Nie jest to w mojej gestii. Można się zapytać prezesa jak to wyglądało, bo ja szczerze powiem, że do końca nie wiem jak ze strony organizacyjnej było to wszystko poukładane.
Czy pan i zawodnicy, mówiąc brzydko, nie czujecie się „wyrolowani”? Mam tu na myśli wiosenne zapowiedzi włodarzy klubu, którzy mówili wiele o pozyskaniu poważnego sponsora. Jak się okazało, nic z tego nie wyszło, czego zresztą wiele osób się spodziewało.
Powiem tak. To nie były obietnice, że ten sponsor będzie na sto procent. Prezes Nowicki rozmawiał z każdym zawodnikiem indywidualnie o tej sprawie. Ze mną również. Powiedział, że sponsor może być, a może nie być. Jeżeli będzie, to pensje zostaną wyrównane w maju lub czerwcu. Jeżeli tego sponsora nie będzie, to będą grali na takich warunkach na jakie się umówili.
Co z zawodnikami? Wielu już odeszło?
Myślę, że jeżeli mieliby tutaj grać na podobnych warunkach jak do tej pory, to z tych chłopaków mało kto tutaj zostanie. Jeżeli w ogóle ktokolwiek. Chłopcy zrobili dobry wynik i nie sądzę, żeby mieli problem ze znalezieniem klubu. Pokazali, że potrafią grać w piłkę i że można na nich liczyć.