Na początku stycznia świebodziński Santos rozstał się ze swoim trenerem Marianem Fiodorowiczem. Ta decyzja dla wielu, w tym dla samego szkoleniowca, jest dużym zaskoczeniem, bowiem pod jego wodzą występy „Świętych” były pasmem sukcesów.
Marian Fiodorowicz pracował z Santosem Świebodzin przez rok (zastąpił Andrzeja Puchacza). W tym czasie prowadzony przez niego zespół zgromadził w rozgrywkach ligowych 78 punktów. Ten znakomity dorobek udało się uzbierać w 28 spotkaniach z których aż 25 (!) zakończyło się zwycięstwem „Świętych”, a w pozostałych trzech padł remis. Po żadnym meczu Santos nie schodził z boiska pokonany. Na koncie trenera Fiodorowicza są także cztery spotkania pucharowe z których porażką zakończyło się tylko jedno (z Formacją Port 2000 Mostki). Wcześniej jego podopiecznym udało się zdobyć Puchar Polski na szczeblu podokręgu. Wyniki osiągnięte w rundzie wiosennej poprzedniego sezonu pozwoliły na upragniony awans do klasy A. Obecnie Santos lideruje w tej klasie rozgrywkowej z przewagą siedmiu punktów nad Sokołem Dąbrówka Wlkp.
Stare piłkarskie porzekadło mówi, że to wyniki bronią trenera. Okazuje się jednak, że nie zawsze, czego dobitnym przykładem jest zwolnienie M. Fidorowicza z funkcji szkoleniowca. Jakie są powody? – Powiedziano mi, że pomiędzy mną a zawodnikami „wypaliła się chemia”. To wszystko. Nic więcej nie usłyszałem – mówi trener Marian Fiodorowicz, który o decyzji włodarzy klubu dowiedział się 2 stycznia. Jednak jak twierdzi kilka dni wcześniej dopytywał swoich pracodawców, czy docierające do niego informacje o planach zmiany trenera są prawdziwe. – 27 grudnia powiedziano mi, że dalej będę trenerem Santosu, dlatego odmówiłem Toromie Torzym z której miałem propozycję, a tymczasem po kilku dniach dostaję informację, że trenerem Santosu jednak już nie będę.
Ta sytuacja sprawia, że trener Fiodorowicz czuje się „wystawiony do wiatru”, bo w międzyczasie posada w Torzymiu została zajęta przez innego szkoleniowca. – Coś takiego spotkało mnie po raz pierwszy w mojej karierze. Osiągamy świetne wyniki, zespół szedł fajnie do przodu, a tutaj taka wiadomość spada jak grom z jasnego nieba. Pomimo tego, że jak słyszę, klub nie ma do mnie pretensji o sprawy szkoleniowe. Może to dlatego, że nie pogłaskałem jakiegoś zawodnika? Ale przecież to bzdury! Jeżeli ma się w kadrze 20 ludzi, to kilku zawsze będzie czuć się pokrzywdzonymi. Ten kto będzie siedział na ławce zawsze będzie mówił, że trener jest „be” – przekonuje M. Fiodorowicz, który zapewnia, że pomiędzy nim a piłkarzami nie było żadnego otwartego konfliktu. – Konflikt mógłby być wtedy, gdybyśmy się pobili. Bo jeżeli ja zwracam zawodnikowi uwagę, że źle gra, a on ma o to pretensje, to nie uważam że to jest konflikt. Przecież ja jestem właśnie od tego. Im się chyba nie podobało, że nie mieli nade mną żadnej władzy. Ja się nie dam ukręcić i nie pozwolę się wtrącać do składu. Jeżeli zatrudniasz trenera, to dajesz mu pełną władzę w sprawach sportowych. Tak to powinno wyglądać. Ja do kierowania klubem się nie wtrącałem. Nie zasłużyłem na takie rozstanie z Santosem – mówi Marian Fiodorowicz.
O powody rozstania ze szkoleniowcem zapytaliśmy prezesa KP Santos Świebodzin Pawła Śliwę. – Absolutnie nie chodziło o wyniki sportowe, bo te były dobre. Po części chodziło o sprawy finansowe, a po części o trudny charakter trenera Fiodorowicza. Mieliśmy wrażenie, że zawodnicy i trener nie patrzą w tą samą stronę. Coś się wypaliło. Wyszliśmy z założenia, że należy się martwić gdy jest dobrze, bo jak będzie źle, to jest już za późno – mówi P. Śliwa, który zapewnia, że nie była to łatwa i jednomyślna decyzja.
W rundzie wiosennej Santos Świebodzin poprowadzi doskonale znany świebodzińskim kibicom Tomasz Traczyński. Popularny „Koza” był niegdyś jedną z najjaśniejszych postaci świebodzińskiej Pogoni.