Kontynuuj W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w "Polityce Cookies".
www.okolicenajblizsze.pl
Komentuj artykuły.     Wyraź swoją opinię.     Dyskutuj z innymi!!      Korzystaj z komentarzy! 

 

  Czwartek, 24 Marzec 2016   Imieniny: 
START / PO GODZINACH / Ocalić od zapomnienia - Ostatnie dni niemieckiego Świebodzina, cz. 1 A A A     
al|2011-03-28 20:59:37  
Rozpoczynamy cykl publikacji pod tytułem „Ocalić od zapomnienia”. Zawiera on zbiór kilkunastu tekstów opowiadających o losach mieszkańców Świebodzina, którzy tuż po wojnie zasiedlali miasto i okoliczne wsie. Będą to zarówno wspomnienia repatriantów, których los rzucił na te ziemie w roku 1945 (i później), ale znajdą się tutaj również opisy ukazujące jak w naszym mieście, tuż po wojnie, organizowana była administracja, szkolnictwo, służba zdrowia itd. Zaczniemy jednak od wspomnień Niemki Margarete Rothe-Rimpler, która była świadkiem zajmowania miasta przez Armię Czerwoną w styczniu 1945 roku.
 
31 stycznia minęło 66 lat od czasu, kiedy wojska Armii Czerwonej, w wyniku działań wojennych, zajęły Świebodzin. Wymieniając datę 31 stycznia 1945 r. większość z nas ma na myśli wyzwolenie Świebodzina, choć słowo „wyzwolenie” jest w tym przypadku problematyczne. Bo czy dla ówczesnych-niemieckich mieszkańców miasta było to wyzwolenia? Na pewno nie. Dla nich był to dramat, data, która zawsze kojarzyć się im będzie z wieloma tragediami, z przymusem opuszczenia domów, ziemi. Od tej chwili w dziejach miasta rozpoczyna się nowy okres, który trwa do dziś. Niemniej jednak warto wiedzieć, chociażby z czystej ciekawości, jak wyglądało miasto w ostatnich dniach niemieckiego panowania, i w pierwszych radzieckiego, a w niecałe trzy miesiące później, polskiego. Co czuli niemieccy mieszkańcy? Co widzieli? Jak zapamiętali te dni? O tym we fragmentach wspomnień z książki „Schwiebus – Stadt und Land in deutscher Vergangenheit“ wydanej przez Margarete Rothe-Rimpler, ze znanej i cenionej przedwojennej świebodzińskiej rodziny.
 
Szesnastego stycznia 1945 roku na Placu Lipowym pojawiają się pierwsze wozy z uciekinierami, przybywające z prowincji Poznań. Zapakowane po sam dach ciężkie wozy z artykułami spożywczymi, ze sprzętem domowym, z workami jedzenia dla zwierząt zaprzęgowych. Niektóre z nich mają chroniący przed niepogodą dach, ale na większości siedzą marznący ludzie bez ani jednego okrycia nad sobą albo dodatkowo biegną obok. Jest przejmująco zimno. Zamieć śnieżna, minus 20 stopni. Słychać tylko dźwięk wozów z trudem przedzierający się przez śnieg. Mam go ciągle w uszach.
Miasto jest wystraszone. Co się dzieje? Straszna trwoga – co stanie się ze Świebodzinem?
Obwieszczenia kierownictwa powiatu podają do wiadomości: „Kto opuści obszar powiatu, popełnia czyn karalny”. Napuszone zdanie: „Marka brandenburdzka zostaje wstrzymana!” Tylko ewakuowanym i miejscowym matkom z małymi dziećmi wolno opuścić miasto.
Miejsca noclegowe dla wyczerpanych uchodźców organizowane są w szkole podstawowej dla chłopców na ulicy Crossenerstrasse (obecnie Łużycka) i w sali brandenburdzkiego dworu. W kinach odbywa się zaopatrzenie ludności. Także osoby prywatne przyjmują stale ciągnących przez miasto. Rozdają ciepłe napoje maszerującym tuż obok.
Pospolite ruszenie zostało zwołane. Lazarety (szpitale wojskowe) już nie wystarczają. Gdzie tylko można dostawiane są łóżka. Do domu Świętego Józefa (szpital – obecnie LORO) z jego około 300 łóżkami. Z 80 łóżek, we wcześniejszej czeskiej fabryce na ulicy Młyńskiej, zrobiło się około 150 łóżek. Do baraków Spitzberglagers, zostaje dołączony kolejny lazaret, urządzony w liceum w Parku Miejskim. Stale przybywają transporty z rannymi z obszarów wschodnich. Czasami ze wschodu huczy grzmot dział. Nie widzimy żadnych pociągów z zaopatrzeniem, posiłkami dla objętego działaniami frontu wschodniego. Pojedynczy żołnierze, którzy utracili swoje formacje, błąkają się zmęczeni, wyczerpani przez walkę i zmarznięci po szosach na zachód. Przygnębieni ludzie, wszędzie dysputy - co możemy zrobić?
Pakuje się częściowo rzeczy i czeka na rozkaz ewakuacji. Dwudziestego piątego stycznia 1945 szpital Gustava Adolfa (obecny szpital) rozpoczyna ewakuację swoich chorych, sióstr i wszystkich wolontariuszy. Tak samo szpital Świętego Józefa. Pociągi kursują nieregularnie, a i tak muszą robić spore objazdy, ponieważ Berlin jest stale bombardowany.
Dwudziestego ósmego stycznia rosyjscy i inni jeńcy wojenni zostają zebrani i wysłani na zachód, lecz nie wszyscy mogą zostać odtransportowani.
Wreszcie dwudziestego dziewiątego stycznia 1945 roku kierownictwo powiatu wydaje rozkaz do ewakuacji. O wiele za późno! Mając pełny obraz sytuacji nieodpowiedzialnym było to odraczanie i zwlekanie. Wynikiem czego, stała się niewypowiedziana nędza wielu świebodzinian, z których niejednego spotkała śmierć.
Miasto jest podobne do rozgrzebanego mrowiska. Wszystkich ogarnia bieganina; wszyscy naradzają się szukając najlepszych możliwości ucieczki. Kupcy rozdają swoje towary za darmo; drogocenne papierosy, artykuły spożywcze, buty, materiały. Samochodami, zaprzęgami, z wózkami ręcznymi, na łyżwach, z wózkami dziecięcymi wybierają się zasmuceni ludzie w drogę. Starsi i chorzy chcą i muszą pozostać – wstrząsające pożegnania. Ludzie, którzy z wielkim wysiłkiem zdobyli swój dobytek nie chcą go opuścić.
Kto chce uciec pociągiem, musi wziąć pod uwagę niekończący się czas oczekiwania i długą drogę okrężną, aby móc dostać się do Berlina, tzn. w jego okolice jak Poczdam czy Eberswalde.
Wozy i piesi, którzy wybrali szosy w kierunku Reppen-Frankfurt (Rzepin-Frankfurt) zostali skierowani przez wojskowych wartowników przy Wutschdorf (Bucze) na rozwidleniu Selchow-Schoenow-Zielenzig (Żelechów-Sieniawa-Sulęcin) na mniej uczęszczaną drogę. Główna szosa powinna pozostać wolna dla wojskowego zaopatrzenia! I to stało się zgubą i nieszczęściem wielu tysięcy. Najszybsze wozy, które opuściły Świebodzin dwudziestego dziewiątego stycznia i dotarły do Zielenzig, zostały już rano 30 stycznia otoczone przez rosyjskie czołgi. Powstała wielkimi kosztami taktyka zalania tzw. wału wschodniego nie mogła zostać zastosowana przy śniegu i lodzie. Wróg nie został powstrzymany.
Kto 29 stycznia wybiera drogę na Crossen (Krosno Odrzańskie), uchodzi Rosjanom. Główna szosa do Frankfurtu 30 i 31 stycznia jest znów przejezdna. Jak okiem sięgnąć nie widać wojska i kilku wozom, które wyruszyły później, a więc dopiero 30 i 31, udaje się jeszcze przekroczyć Odrę.
Ostatni pociąg, który opuścił Świebodzin 31 stycznia, całkowicie wypełniony cywilami i wojskiem, dostaje się wkrótce za Świebodzinem pod ostrzał. Straty są przerażające. Zabici leżą przy nasypie kolejowym, wypadają z przedziałów. Pociąg wlecze się jeszcze do Wilkowa i tam zostaje zatrzymany przez Rosjan. Cywile muszą wysiadać na lewo w stronę wsi Wilkowo, wojskowi na prawo. Wszyscy żołnierze zostają rozstrzelani.
31 stycznia do Świebodzina ściągają Rosjanie. Przybywają z południa; działania wojenne się nie odbywają. Czerwona chorągiew z młotem i sierpem została podniesiona na wieży ratuszowej.
Dni grozy, które teraz rozpoczęły się dla miasta są nie do opisania. To jest pierwsze zderzenie armii rosyjskiej z ludnością niemiecką na wschodnich ziemiach, bowiem Niemcy z prowincji Poznań zostali ewakuowani. Rozstrzelania, pożary, spustoszenia. Cywile są rozstrzeliwani z błahego powodu; np. przy odmowie podania godziny, kobiety sprzeciwiające się gwałtom. Pijani, głośno wrzeszczący, plądrujący, z bronią zawsze gotową do strzału Rosjanie sprawiają, że miasto jest niebezpieczne. Nie ma prądu, wody i gazu. Rosjanie, którzy plądrują wieczorem domy, wrzucają zapalone zapałki i domy stają w płomieniach. Szczególnie mieszkania, w których zostają znalezione portrety Hitlera, emblematy partii, portrety żołnierzy, są podpalane. Codziennie widać czerwoną łunę na wieczornym niebie. Kościół świętego Michała, wcześniej otoczony przez domy, po spopieleniu domu Krumbholza, „Gospody myśliwskiej”, „Scherbelmüller” i „Starej Altany” stanął nagle na pustym placu.
Około czwartego lutego następuje atak bombowców armii niemieckiej. Największe zniszczenia są przy pastwiskach. Prawdopodobnie są wymierzone w linię kolejową.
Wszyscy mężczyźni w wieku od 17 do 70 lat muszą się stawić w komendach, urządzonych w dużych domach. Mężczyźni zostają zamknięci w obozie, następnie przetransportowani na wschód i w obozie poznańskim nędznie żywieni (porcja wodnistej zupy na dzień). Z głodu i zimna umierają tysiące i kończą w masowym grobie. Do Świebodzina wracają wozy, którym nie udało się przekroczyć Odry. Kobiety zostają natychmiast przydzielone do prac porządkowych, do Wilkowa do kopania okopów. Trochę zelżało, silny mróz ustąpił.
            Aby zapobiec tworzeniu się partyzantki wszyscy cywile od połowy lutego są gnani do wiosek na wschód, daleko w głąb prowincji poznańskiej. Pochód cierpienia wlecze się po rozmokniętych od topniejącego śniegu drogach. Wozy z nędznym dobytkiem ciągną się wraz z nim. Potępieni – umierający na skraju drogi. Nie ma nikogo, kto mógłby i komu byłoby wolno ich pogrzebać. Dalej – dalej. Z ledwością opierają się wydaleniu niektórzy ludzie. Pozostaje również felczer Lüscher, który daje schronienie kilku starcom. Na swoim domu wywiesza chorągiew z czerwonym krzyżem i ofiarnie troszczy się o rannych, chorych i umierających. Żadnego lekarza w mieście nie ma. Niezliczeni są ci, którym życie zbrzydło i którzy chcą z nim skończyć. Zażywają zbyt małą dawkę trucizny i meczą się potwornie, nie mogąc ani żyć ani umrzeć. Lüscher pomaga, gdzie może. Pokonuje daleką drogę – np. do Merzdorf (Lubinicko), aby cierpiącego dotkliwie chorego uwolnić od zakleszczonego w nim przymusowego cierpienia. Lüscher jest dla Rosjan niemieckim partnerem do negocjacji. Sprawił, że wolno mu i niemieckim więźniom pogrzebać licznych zmarłych, leżących w domach. Widzi się kolumny więźniów ciągnących przez miasto. Muszą obozować przed barakami przy Spitzberglager.
            Wprawdzie Świebodzin jest prawie wymarłym miastem (w opustoszałych oknach nędznych domostw mieszka zgroza), tylko sporadycznie zaludnionym przez wojsko rosyjskie – wszystkie siły są skupione nad Odrą – mimo to domy są nieprzerwanie kontrolowane. Żaden dom, żadne mieszkanie nie ma prawa być zamknięte, dniem i nocą chodzą patrole. Śpi się w ubraniach, w nocy człowiek zostaje oświetlony przez jaskrawe światło lampy karbidowej. Młodsze kobiety – siostry, które pielęgnują niemieckich rannych w barakach, czernią sobie twarze, wkładają możliwie stare i brudne odzienie, ponieważ ciągłe gwałty są przeokropne. Brak dostatecznej ilości środków do życia jest ogromny. Tylko węch jest w stanie odnaleźć zapasy.
            Każdego dnia Rosjanie wzywają jeszcze jako tako zdolnych do pracy rannych i więźniów. Wszystkie fabryki i zakłady rzemieślnicze zostają zdemontowane, wszystkie maszyny, kotły, maszyny parowe i narzędzia do ostatniego gwoździa sprzątnięte. Z prywatnych domów wynosi się wszystkie maszyny do szycia, pianina, radia, instrumenty muzyczne, kuchenki gazowe, meble, obrazy, dywany. Częściowo całe to mienie jest natychmiast wysyłane do Rosji lub magazynowane w tzw. hali miejskiej przy dworcu kolejowym.
 
Dalszy ciąg wspomnień o losach niemieckich mieszkańców Świebodzina opublikujemy w następnym tygodniu.
 
 
Tłumaczenie: Agnieszka Szarapanowska
Fotografie ze zbiorów Muzeum Regionalnego w Świebodzinie.
Tekst pierwotnie ukazał się w papierowym wydaniu „Okolic najbliższych” (luty 2005)
Powrót
KOMENTARZE
młodziak|2011-03-29 15:58:07
Szczerze mówiąc jakoś nie specjalnie interesowałem się tym jak wyglądało nasze miasto po II wojnie światowej.Teraz jest mi wstyd, ponieważ jest to bardzo interesujące.
robal|2011-03-29 19:33:44
normalnie czyta się jak powieść sensacyjną. czekam na kolejną część. jest okazja żeby poznać historię własnego miasta
RomekZfirmy|2011-03-30 00:12:21
Tak dokładnie zgadzam się z przedmówcami. Czekam również na kolejną część.
Polaków ze wschodu potraktowano jeszcze gorzejYogi|2011-03-30 12:07:42
Tak, ten opis jest bardzo ciekawy. Żal tych ludzi. Pamiętajmy jednak że Polacy którzy zasiedlili te ziemie przeszli na wschodzie takie samo jak nie gorsze piekło. Ich też wypędzono z domów i ziemi ojców.
Eleonora|2011-03-31 14:06:10
A mnie jakoś głupio jest, że moi dziadkowie zamieszkali po niemieckiej rodzinie.Wcale nie czuję się jak u siebie w ojczyźnie.
Erica Steinbach uśmiecha sięrepecus|2011-04-26 13:07:58
czytając te komentarze.Każda historia ma swoją genezę,nieobecną niestety w tym pamiętniku.Dlaczego jego autorka nie wspomina o tym, co myślała, co robiła i przed czyim portretem unosiła rękę przez te kilka lat wojny?Dlaczego nie chwali się paczkami,jakie otrzymywała ze wschodu od krewnych w Wehrmachcie,zawierających zagrabione mienie zamordowanych Polaków?Dlaczego nie wspomina o polskich przymusowych robotnikach i służących,pracujących niewolniczo u znajomych Bauerów,o polskich krowach,o swoim nadczłowieczeństwie i pogardzie do Polaków "podludzi".
Moja babcia pracowała u Bauerów w okolicznych wioskach,jej losy tej Niemce były obojętne i zaczynam podejrzewać,że to samo dotyczy wielu Polaków ,pochylających sie ze współczuciem nad losami "nadludzi".
Mam nadzieję,że Redakcja drukując kolejne wspomnienia,weżmie pod uwagę proporcje,jakie należy zachować w przybliżaniu historii regionu,przytaczając pamietniki nie tylko oprawców (strojących się teraz w szaty męczenników),ale i ich ofiar.
Wydawca Portalu Regionalnego Okolicenajblizsze.pl nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi użytkowników Forum.
Zgłoś naruszenie regulaminu
Aby pisać komentarze musisz być zalogowany.
Jeżeli jeszcze nie posiadasz konta zapraszamy do rejestracji.
START   |   AKTUALNOŚCI   |   REKLAMA   |   KONTAKT   |   
 Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © Okolicenajblizsze.pl
Powiadom znajomego