W poprzedniej części „Ocalić od zapomnienia”, zamieściliśmy wspomnienia pani Janiny Kubickiej z Lubinicka. Tym razem przedstawiamy wspomnienia mieszkanki tej samej wsi, Jadwigi Krajewskiej. Wspomnienia, choć momentami nieskładne i niegramatyczne, mają w moim przekonaniu znacznie większą wartość, niż te przetworzone przez drugą osobę. Opowiadane z sercem, z emocją i ze wzruszeniem, są doskonałą skarbnicą wiedzy o tym jak naprawdę wyglądały tamte czasy. Dlatego warto, a nawet trzeba ocalić je od zapomnienia.
(...) Później była wieść, że albo przyjmujemy obywatelstwo rosyjskie i jesteśmy obywatelami Rosji, albo wyjedziemy, a mama bardzo chciała wyjechać. Mówiono, że powstał taki rząd i można wyjechać do Polski. A jeżeli do Polski to tata zawsze mówił „w lubelskie, tam koło Chełma są dobre ziemie.” I zapisaliśmy się na wyjazd – do lubelskiego. Nie wyjeżdżaliśmy pociągiem z Ostroga, bo stacja kolejowa była w Ożeninie.
Przed końcem kwietna byliśmy już w Ostrogu. Zamieszkaliśmy w jakimś domku koło kościoła. Domy pożydowskie stały puste. Nie były to już właściwie domy, były to już rudery. Ale osiem rodzin spało w tym małym domku na podłodze - pokotem położyli się wszyscy.
Było nas pełno, ale pod dachem i czekaliśmy na ten wyjazd. Wyjechaliśmy – szliśmy piechotą do Ożenina i tam czekamy już dwa tygodnie na stacji na wyjazd. Nareszcie przyszły te wagony, bydlęce. Ale ja z dzieckiem to miałam dach nad głową jak czekaliśmy na wagony. Pozostali lepili takie budy. Konie, krowy to pozabierali albo Niemcy albo partyzanci. Mało było zwierząt, krów czy koni – każdy jakoś kombinował. Ludzie siedzieli i czekali, wszystko czekało na dworze, pod gołym niebem. Jak wyjeżdżaliśmy stamtąd, to pamiętam było po 9 maja 1945 r. – bo jak byliśmy w Ostrogu, to przerwali pracę i zaczęli mówić, że to koniec wojny. I wtedy w kościołach i w cerkwiach biły dzwony. Jechało nas w wagonie pięć rodzin.
Przyjechaliśmy do Zbąszynka to mówili, że jest Piotra i Pawła (29.06), pamiętam to, bo u nas w Ostrogu zawsze w tym dniu był odpust, była parada 12 Pułku Ułanów Wołyńskich, ale my nie wiedzieli jaki jest dzień, jaka godzina, ale pamiętam, że tak mówili. Ani kalendarza, ani zegara, ani innych zapisków nie było. Jak się zatrzymał pociąg w Zbąszynku i wysiedliśmy, to pamiętam, że na peronie była woda z kranów. To było duże wydarzenie - woda z kranu. Ze Zbąszynka przywieźli nas do Świebodzina i w Świebodzinie powiedzieli „wygruzajties”. No i my wyszliśmy z tego pociągu na łąkę, co była koło torów. Zostaliśmy tutaj, każdy szukał kawałka blachy i kołków, aby sklecić „domek”.
Poszukiwania domu były trudne, bo wszystko było zajęte. Mąż z Rózią szukali swoich krewnych, swoich ludzi, znajomych i gospodarstwa. W Merzdorf (Marzęcin, obecnie Lubinicko) wolne było tylko tam gdzie później byli Borówczki. Ładne to było gospodarstwo - duża stodoła, w domu były meble, lustra. „A ja mam (mówił mąż) tylko jedna krowę”, i bał się podatków. Tak było dwa tygodnie. My byliśmy małą rodziną - ja z mężem i jedno dziecko. To gospodarstwo nie może być duże, bo będzie asekuracja. Ale było duże. Baliśmy się wziąć, bo będą podatki.
Już przyjeżdżały furmankami, niemieckimi wozami - niemieckie wozy miały duże koła, koła były ogromne, bo u nas tam na Wołyniu, to koła w wozach były małe. Kto przywiózł wóz z Wołynia, to miał mniejsze koła. Było widać na jakich wozach przyjeżdżają.
Sołtysi przyjeżdżali i zabierali do swoich wsi. U nas krowa była przy szałasie - to był tylko daszek. Męża długo nie było - a ja sama nie zdecyduję. A ojciec (Olszewski Mikołaj) przyszedł i mówi, że znalazł „…ładne mieszkanko, bomba zniszczyła trochę stodołę, wpadła do stodoły, ale ja jestem młody, mam siły, to nie szkodzi.” Tyle czasu minęło, a męża nie było. Wszyscy już prawie wyjechali. Tutaj gdzie byliśmy w tym szałasie, to wody nie było, była woda tylko w rowie. Po wodę dla krowy, żeby ją napoić i dla dziecka (Ali) chodziłam na stacje.
Przyszedł ojciec i mówi „…chodź , idziemy, mam mieszkanie.” Z dzieckiem i krową poszliśmy do Merzdorf. Gospodarstwo to było obok gorzelni – później mieszkali tam Jakubowscy. Ojciec z chłopakami szybko pogłębili studnię i była woda. Nie było wody w domu, tak jak teraz. Mieliśmy już pokój, człowiek się już umył, a mąż dalej szukał. Był nawet w powiecie międzyrzeckim, ale milicja ich pogoniła, bo to inny powiat. W pałacu mieszkali Rosjanie, żołnierze – oni pilnowali krów, które przeganiano z Niemiec do Rosji. Było tak, że jeden żołnierz sprzedawał rower, a drugi później przychodził i zabierał. Tak mieliśmy z zegarem, który mi sprzedali żołnierze. Po kilku godzinach inni chodzili i mówili, że ktoś tutaj ma ładny zegar i zabierał. Mąż nic nowego do zamieszkania nie znalazł.
Poszedł tata do sołtysa, a nazywał się on Niedźwiecki (był z poznańskiego) i mieszkał tam gdzie dzisiaj mieszka pani Walentynowicz i prosił go „... może coś się znajdzie…” a sołtys mówił, że nie ma nic, jest tylko dom koło kościoła, ale tam są Ruskie - żołnierze i żołnierki. Ruskie pilnowali bydła. Za kościołem jest dom, zarośnięty winem. Poszłam tam. Te Ruskie mówią „nielzia”, dziewczyny głośno krzyczały, że zajęte, mówią , że nie i koniec, nie wpuścimy.
Po pewnym czasie żołnierze się wyprowadzili – to my się tam wprowadziliśmy. Zależało nam żeby mieć dach nad głową, żeby się wykąpać, mieliśmy „swoje”. Dom ten był obok już mieszkających Kwaśniewskich. Był zaniedbany, cuchnęło. Jak na Niemców to bardzo zaniedbany, zawsze mówili, że oni tacy porządni. Zarośnięty był winem, a okna wybite przez poprzednich lokatorów.
Wszystko było już zajęte bo przyjechali wcześniej ze stanisławowskiego: Piotrowski, Kwaśniewski, Kujbida, Nikoliny, a myśmy byli z Wołynia: Algierscy, Stankiewicze, Denisiewicz, Kalinowski, Krakowiak, Krajewscy, Szczawińska, Księżak, Rucińska. Z Wileńszczyzny we wsi byli: Niekraszewicze, Walentynowicze, Kozicze i Macutkiewicze.
W sierpniu (05.08.1945) do wsi przyjechał z rodziną nauczyciel – nazywał się Ziiss. On dużo spisywał o tym co się dzieje we wsi, ile i kto czego ma, jaka rodzina, skąd itp.
Wspomnienia pani Jadwigi Krajewskiej z domu Olszewska, w czasie wojny zamieszkałej we wsi Zakoty, gmina Nowomalin, pow. Zdołbunów, woj. wołyńskie. Aktualnie mieszkanka Lubinicka.
Tekst pierwotnie ukazał się w papierowym wydaniu „Okolic najbliższych” (wrzesień 2006)
Ocalić od zapomnienia