Kontynuuj
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w "Polityce Cookies".
Jednym dłużyło się niemiłosiernie, a dla innych minęło migiem. Ale faktem jest, że XII Turniej Halowej Piłki Nożnej Niezrzeszonych przeszedł do historii. Po raz trzeci z rzędu triumfował Computec. Drugie miejsce wywalczył Sprick Rowery, a trzecie Teatr Marzeń.
O ile pierwsze dwie pozycje zostały już „rozdane” wcześniej, to ostatnie miejsce na „pudle” było nieobsadzone do ostatniej kolejki. Co prawda przed jej rozpoczęciem to „aktorzy” zajmowali trzecią pozycję, ale realne szanse na wypchnięcie Teatru miał jeszcze Tombud. Warunki były dwa: Tombud musiał pokonać Żar Oil, a Teatr nie mógł wygrać z „rowerzystami”. Ta druga okoliczność straciła na znaczeniu już po pierwszym meczu 16 kolejki, gdy Tombud przegrał, dość niespodziewanie, z „olejarzami” 2:3.
Spotkanie rozpoczęło się dla Tombudu dobrze. W piątej minucie wynik otworzył Artur Jocz. Radość trwała jednak nadzwyczaj krótko. Tuż po wznowieniu gry wyrównującą bramkę strzelił Mirosław Niedźwiedzki. Dwie minuty po przerwie prowadzenie Tombudowi dał Grzegorz Paczkowski. Po czterech kolejnych minutach wyrównał Kamil Nowik, a niecałe dwie minuty przed końcem zwycięską bramkę dla „olejarzy” zdobył Piotr Maczalski. Tombud wycofał jeszcze bramkarza, ale nic to nie dało. To było dziwne spotkanie, bo wizualną przewagę miał Tombud. Nie potrafił jednak tego potwierdzić kolejnymi bramkami. Zresztą niewiele brakowało, a przegrałby jeszcze wyżej. Od starty kolejnych bramek uchronił swoją drużynę Tomasz Sielicki, który kilkakrotnie popisał się fenomenalnymi interwencjami. Przegrana Tombudu oznaczała jedno: Teatr Marzeń przed swoim ostatnim meczem mógł być pewny trzeciego miejsca. Nieistotne było, czy przegra, czy też wygra ze Sprickiem.
Fragmenty spotkania Tombud – Żar (5,11 min. 11,7 mb)
Jednak pomimo pewnej trzeciej pozycji „aktorzy” podeszli do sprawy bardzo ambitnie i pokonali „rowerzystów” 2:1. W piątej minucie Piotr Andrzejczak skutecznie dobijał strzał Marka Ristaua, który trafił w słupek. Po dwóch minutach Sprick odpowiedział golem Bartłomieja Gintowt. W szesnastej minucie zwycięską bramkę zdobył Ireneusz Baczyński. Tuż przed końcem na bramce Teatru stanął Andrzej Celiński, który przez cały turniej pełnił funkcję kierownika zespołu. Jego dwuminutowa gra miała wymiar symboliczny – on również przyczynił się do sukcesu Teatru. Patrząc na grę Spricka nie można było oprzeć się wrażeniu, że to nie jest ta sama drużyna, która w niemal każdym wcześniejszym meczu robiła z przeciwnikiem co chciała. Powód? Otóż w sobotnim spotkaniu na parkiecie nie pojawił się najlepszy zawodnik Spricka, a jednocześnie najskuteczniejszy strzelec turnieju Michał Garbowski. To pokazuje jak ważnym zawodnikiem dla „rowerzystów” był właśnie ten piłkarz. Nie chcemy absolutnie umniejszać sukcesy Spricka, ale gdyby nie M. Garbowski, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że Sprick nie byłby wicemistrzem. Z 67 strzelonych przez tą drużynę bramek, ponad połowa (35) była właśnie autorstwa M. Garbowskiego, który potrafił strzelać gole każdej drużynie. Swoimi 35 trafieniami zasłużył na puchar dla najlepszego strzelca, który ufundowała nasza redakcja.
Przegrana Spricka nie była jedyną niespodzianką ostatniej kolejki. Dużym zaskoczeniem była porażka Computeca, który uległ „efekciarzom” 3:4. Tego naprawdę chyba nikt się nie spodziewał, bo przecież Studio Efekt zagrało w tym turnieju poniżej oczekiwań, a na dodatek nikt jeszcze nie ośmielił się pokonać mistrza. Studio pokazało jednak, że jest to możliwe. Wynik spotkania w 3 minucie otworzył Andrzej Hładki. Na odpowiedź Computeca nie trzeba było czekać zbyt długo. Już po trzech minutach wyrównał Janusz Śmiałek. To wcale nie zniechęciło „efekciarzy”, bo już po kilkudziesięciu sekundach drugą bramkę dla Studia, strzałem przy samym słupku, zdobył Mateusz Hoffman. W 9 minucie Wiesław Zwęgrodzki przyłożył nogę dokładnie w tym miejscu w którym powinien i znowu był remis. Zawodnicy Studia nie mieli jednak zamiaru się poddawać, co przed przerwą udowodnił Krzysztof Hildebrand. W czternastej minucie, znów za sprawą W. Zwęgrodzkiego, był remis. Ale to była ostatnia bramka jaką Computec strzelił w tym turnieju. Natomiast Studio swoją ostatnią i jak się okazało zwycięską strzeliło nogami Mariusza Hoffmana w 20 minucie. Wynik spotkania nie miał żadnego wpływu na końcowe pozycje w tabeli obydwu ekip. Jednak Studio bez ukrywanej skromności może mówić głośno, że jest jedyną drużyną w dwunastej edycji turnieju, która pokonała Computec. Mało tego, „komputerowcy” w żadnym meczu nie stracili aż czterech goli. Może po prostu w tym spotkaniu zabrakło motywacji, bo przecież wszystko było już jasne. Może tak, a może nie. W sumie nieistotne. Na pewno przegrana nie powinna być powodem do wstydu, bo przecież Computec jest mistrzem i to jest najważniejsze. Na końcowy triumf zasłużył sobie swoją postawą we wszystkich rozegranych meczach. Nie ma wątpliwości, że był po prostu najlepszy. A że nie wszyscy Computec, a może raczej jego grę, czy też podejście do niej, kochają? No cóż, przecież nie każdy każdego musi kochać. Grunt, że byli skuteczni i konsekwentni. To im pozwoliło sięgnąć po mistrzostwo trzeci raz z rzędu.
Ale nie tylko mecze w zielonej grupie były ważne. Dla drużyn, które grały w grupie B ostatnia kolejka była bardzo istotna. Szczególnie dla O.N.I.R i Seco Warwick, których bezpośredni pojedynek miał zadecydować o tym, która z nich będzie triumfowała w grupie B. Przed tym meczem każda z nich miała na koncie po 22 punkty i jasnym było, że ta która zwycięży zajmie pierwsze miejsce w grupie. O.N.I.R (nie taki znów, przynajmniej w ostatnich meczach, Obraz Nędzy i Rozpaczy) wygrał to spotkanie 2:0. Pierwszą bramkę w 10 minucie zdobył strzałem piętą Arkadiusz Sot. Gdyby O.N.I.R wykorzystał wszystkie swoje sytuacje, to do przerwy mógł prowadzić nawet trzema bramkami, ale słupki i bramkarz przeciwnika byli bardzo „złośliwi”. Tuż po przerwie mógł wyrównać Marcin Matejko – zabrakło centymetrów. Aż do 21 minuty wynik był sprawą otwartą. Dopiero wtedy Krzysztof Zapolski zdobył zwycięską bramkę. Tylko cud mógł sprawić, że „piece” zdołają jeszcze wygrać ten mecz. Ale cud nie nastąpił i to O.N.I.R wygrał czerwoną grupę, zajmując de facto siódme miejsce w turnieju. To zdecydowanie niżej niż można było oczekiwać biorąc pod uwagę chociażby ubiegłoroczny występ tej drużyny (wówczas Axis), gdy zajęła czwarte miejsce z zaledwie jednopunktową stratą do trzeciego Studia. Pomimo przegranej Seco może być w sumie zadowolone z udziału w turnieju – są wyżej niż rok temu. Wtedy skończyli na jedenastym miejscu (grało 14 drużyn), teraz są na ósmym.
Kolejną niespodziankę sprawiła Piekarnia Balcewicz, która najwyraźniej rozkręciła się w końcówce. Po ubiegłotygodniowym zwycięstwie nad Kico, w sobotę wygrała swój drugi mecz. Tym razem „piekarze” pokonali Eltermę. I to jak – 6:1! Tylu bramek w jednym meczu drużyna Piekarni nie strzeliła jeszcze nigdy. Do tracenia takich ilość goli „piekarze” są przyzwyczajeni, ale żeby sami strzelili aż tyle, to nie. Co prawda to Elterma jako pierwsza zdobyła bramkę (w 2 minucie Damian Żaglewicz), ale potem na parkiecie dzielili i rządzili zawodnicy Piekarni Balcewicz. W 6 minucie Leszek Kołacz wykorzystał przedłużony rzut karny, a po minucie dołożył drugie trafienie. W 16 minucie trzecią bramkę dla Piekarni zdobył Adam Mickiewicz. Po 180 sekundach trafił Waldemar Jaremko, a po niespełna dwóch minutach gola zdobył Damian Krawczyk. Strzelanie Piekarni w 23 minucie zakończył Jacek Cierpiał. Zwycięstwo, poza wielką satysfakcją, nic jednak „piekarzom” nie dało. Pomimo trzech zdobytych punktów zakończyli turniej na ostatnim miejscu. Ale nie jest to chyba dla nich powód do jakiegoś nadzwyczajnego zmartwienia. Kilka punktów zdobyli, trochę bramek strzelili, a do tego świetnie się bawili. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że piłkarzom Piekarni przyświecało hasło „liczy się udział”. I bardzo dobrze!
Ostatnim meczem XII Turnieju Niezrzeszonych był pojedynek pomiędzy Kico a Viva Folie. To właśnie „foliarze” jako ostatni dopisali do swojego konta kolejne trzy punkty. Mogli to zrobić dzięki wygranej 3:1. Co prawda to Krystian Jędrzejczyk zKico otworzył wynik spotkania, ale to było wszystko na ca stać było „zamki”. Później strzelała już tylko Viva. W 7 minucie wyrównał Krzysztof Matyjaszkojć, w 9 strzelił Wiesław Janecki, a w 21 ostatnią bramkę w tej edycji turnieju zdobył Grzegorz Siedlecki. Kico bardzo chciało doprowadzić do remisu i kilkakrotnie było blisko, ale nie udało się. Ostatecznie Kico z dziesięcioma punktami zajęło jedenaste miejsce w turnieju, a Viva uplasowała się na pozycji dziewiątej.
Po tym spotkaniu zawodnicy poszczególnych drużyn (niestety nie wszystkich) ustawili się na parkiecie, aby odebrać dyplomy. Najlepsze trzy ekipy otrzymały puchary i medale, które na szyje wkładali szef gminnej oświaty Ryszard Graczyk i dyrektor świebodzińskiego OSiRu Jarosław Aszakiewicz. Nagrody indywidualne otrzymali Michał Garbowski (najlepszy strzelec) oraz Eugeniusz Koła, który dzięki najmniejszej ilości wpuszczonych goli (zaledwie 19) otrzymał statuetkę dla najskuteczniejszego golkipera. W powietrze wystrzeliły korki szampanów, a później każda z ekip uczciła występ w turnieju we własnym gronie.
Na zakończenie można się pokusić o małe podsumowanie turnieju. Jaki był? Pod względem sportowym całkiem przyzwoity, zważywszy, że grali w nim głównie amatorzy, choć wygrała go drużyna złożona z zawodników, którzy mają największe pojęcie o piłce kopanej. Jednak w pamięci kibiców pozostanie chyba niezbyt wiele spotkań. Można zaryzykować stwierdzenie, że najlepszym meczem był pojedynek w rundzie eliminacyjnej pomiędzy „komputerowcami” a „rowerzystami” (3:3 w siódmej kolejce), choć oczywiście kibice mogą mieć odmienne zdanie. Ale w tym miejscu pojawia się problem – kibice właśnie. Po prostu na trybunach hali nie zasiadało ich zbyt wielu. Podczas zdecydowanej większości spotkań widownia świeciła pustkami. Zasiadali na niej w dużej mierze zawodnicy drużyn, które czekały na swoje mecze lub właśnie je zakończyły. Wychodzi więc na to, że ludzie nie są zbyt mocno zainteresowani turniejem. Pojawiają się nawet głosy, że to impreza tylko dla zawodników, a nie kibiców. Nie zgadzamy się z tą opinią do końca, ale chyba faktycznie coś w tym jest.
Nie ma co kryć, że po dwunastu edycjach turnieju, jego formuła po prostu się zużyła. Trzeba wymyślić coś, co ją zdecydowanie odświeży, coś co sprawi, że na trybunach znowu pojawią się tłumy kibiców. Wspólną formułę muszą wypracować organizatorzy i same drużyny, które również mają sporo do powiedzenia. Jeżeli wszystkim zależy na tym, aby Turniej Niezrzeszonych po prostu nie umarł śmiercią naturalną, a wierzymy, że zależy faktycznie wszystkim, to trzeba usiąść do stołu i porozmawiać. Czasu na wypracowanie formuły jest sporo. Nie wolno go zmarnować, bo Turniej popadnie w jeszcze większy marazm. Pewnie, że nawet jeżeli nic się nie zmieni, to zgłoszą się drużyny, które będą chciały w turnieju wystąpić. Tylko czy będzie to miało większy sens?
Liczby turnieju:
96 - tyle rozegrano spotkań
2304 – tyle minut trwały wszystkie spotkania
384 – tyle minut każda z drużyn spędziła na parkiecie
477 – tyle bramek strzelono we wszystkich spotkaniach
35 – tyle bramek strzelił Michał Garbowski, co daje 2,1 bramki na jeden mecz
12 - tylu zawodników zdobyło dziesięć i więcej bramek
99 - tylu zawodników zdobyło chociaż jedną bramkę (również samobójczą)
75 – tyle bramek straciła drużyna Piekarnia Balcewicz (najwięcej)
68 - tyle bramek strzelili zawodnicy Computeca (najwięcej)
19 - tylko tyle bramek stracił Computec (najmniej)
23 – tyle bramek strzelili zawodnicy Piekarni Balcewicz (najmniej)
13 – tyle bramek (najwięcej) strzelono w trakcie jednego spotkania – Studio Efekt – Żar Oil, czwarta kolejka finałowa 10:3
1 – tylko tyle spotkań zakończyło się bezbramkowym remisem (3 kolejka Studio Efekt – Piekarnia Balcewicz)