Kontynuuj
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w "Polityce Cookies".
Dziesięć kolejnych spotkań rozegrali w miniony weekend zawodnicy rywalizujący w XIV edycji turnieju niezrzeszonych. Kilka pojedynków oglądało się z zapartym tchem. W ich trakcie można było już pomału wyrabiać sobie zdanie na temat „mocy” poszczególnych ekip. Były również rozczarowania. Największe przeżyli zawodnicy Piekarni Balcewicz, którzy w dwóch spotkaniach nie zdobyli żadnego punktu.
Pierwsze zderzenie z rzeczywistością „piekarze” przeżyli już w sobotę (3 grudnia) w spotkaniu ze Sprickiem (1:6). Co prawda aż do 12 minuty stawiali zacięty opór, jednak tuż przed syreną oznajmiająca przerwę, piłkę do siatki Piekarni z wpakował Jarosław Myślicki. W drugiej odsłonie gole posypały się jak z rękawa. Dwukrotnie na listę strzelców wpisywali się Robert Brejdak oraz Arkadiusz Krasucki. Honorowe trafienie dla „piekarzy” zaliczył Paweł Mueller.
Dzień później wcale nie było lepiej. Tym razem pogromcą drużyny, która w pierwszej kolejce sprawiła ogromną sensację, było Kico. Ekipa zasilona przez byłych zawodników O.N.I.Ru nie miała litości i wygrała 3:1. Jednak absolutnie nie było to łatwe zwycięstwo – Kico musiało uczciwie triumf wybiegać. W pierwszej połowie niemiłosiernie obijało poprzeczki i słupki bramki rywala. Dopiero w 9 minucie wynik otworzył Marcin Kwapisiewicz, który świetnie rozumie się z niedawnymi rywalami, którzy aktualnie grają w tej samej drużynie. Ozdobą spotkania była bramka Wojciecha Kucharskiego, który zza połowy trafił w samo okienko. Najpewniej końcowy wynik wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby „piekarze” nie zmarnowali dwóch rzutów karnych.
Ten weekend był znakomity dla „zamków”. Ale jak może być inaczej, gdy w dwóch meczach zgarnia się komplet punktów. O ile niedzielne spotkanie nie było dla tej drużyny nadzwyczaj wymagające, to już te, które odbyło się dzień wcześniej miało odpowiedni „ciężar gatunkowy”. No ale i rywal był „ciężki” – Computec, groźny tym bardziej, że po blamażu z Piekarnią Balcewicz głodny był zwycięstwa. Jednak te nie było mu dane. Mecz, który świetnie się oglądało, „komputerowcy” przegrali 1:3, co szokiem zapewne nie jest, ale niespodzianką już na pewno. Kico zaczęło strzelanie w 4 minucie, gdy sprytnym uderzeniem piłkę w bramce Eugeniusza Koły umieściłW. Kucharski. Tuż przed przerwą znakomitej okazji na wyrównanie nie wykorzystał Computec, co zemściło się błyskawicznie. Szybka kontra „zamków” zakończyła się drugim trafieniem Wojciecha Kucharskiego. W drugiej odsłonie Computec nie mógł się przebić i na siedem minut przed końcem zrobił to, co często czynił będąc pod ścianą – wycofał bramkarza. Miejsce E. Koły zajął Maciej Mikołajewski, który zapędzał się na połowę rywala. Postawienie wszystkiego na jedną kartę nie opłaciło się. W 19 minucie do niepilnowanej bramki Computeca trafił po raz trzeci W. Kucharski. Co prawda minutę później straty zmniejszył M. Mikołajewski, ale to było wszystko co Computec mógł w tym spotkaniu zrobić. Po ostatniej syrenie zawodnikom w czarnych strojach nie pozostało nic innego, jak tylko pogratulować zwycięzcom. Konia z rzędem temu, kto przed pierwszą kolejką przewidziałby, że po dwóch weekendach gry Computec bez ani jednego punktu (!) będzie zajmował dziesiąte, czyli przedostatnie miejsce w tabeli (ma o jedno spotkanie rozegrane mniej – w niedzielę pauzował). Ale bądźmy pewni – „komputerowcy” na pewno nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Kico (obecnie na drugiej pozycji) również nie.
Fragmenty spotkania Computec - Kico
Komplet punktów na swoim koncie mają zawodnicy Tombudu, którzy po raz pierwszy w tej edycji turnieju zagrali w sobotę. Spotkanie z Klubem Galeria nie było luźną przebieżką, jak można się było spodziewać, gdy okazało się, że „klubowicze” podtrzymują tradycję Vivy Folie i stawiają się na meczach w minimalnym składzie. Co prawda po pierwszej połowie Klub przegrywał już 0:3 (dwie bramki Wojciecha Szczepanka i jedna Tomasza Olechnowicza), ale zawodnicy nie mieli zamiaru tanio sprzedać skóry i w drugich dwunastu minutach postawili się. Najpierw straty zmniejszył Patryk Podwyszyński, a po czterech minutach Mariusz Hoffman (pomógł mu rykoszet). Co prawda w międzyczasie czwartą bramkę, w świetnym stylu, dla Tombudu zdobył W. Szczepanek, ale na dwie minuty przed końcem z rzutu karnego gola strzelił P. Podwyszyński i rywalowi „zrobiło się ciepło”, szczególnie gdy Wojciech Szczepanek nie strzelił karnego w ostatniej minucie. Ostatecznie jednak Tombudowi udało się wygrać 4:3.
Następnego dnia było już o wiele łatwiej, bo i rywal nie był wymagający – Euro-Box, który (wiele na to wskazuje) będzie najsłabszą drużyną XIV turnieju płacąc „frycowe” debiutanta. Tombud urządził sobie prawdziwy festiwal strzelecki wygrywając 9:1 (trzy bramki Tomasza Traczyńskiego). Pomimo pogromu warto zaznaczyć, że w tym spotkaniu „euroboksiarze” zdobyli pierwszą w turnieju bramkę, co wzbudziło ogólny aplauz publiczności, która znów licznie pojawiła się na trybunach. Jej autorem był Damian Iwan. Dzień wcześniej Euro-Box „poległ” z Teatrem Marzeń 0:5.
„Aktorzy” bez wątpienia nie są zadowoleni z osiągniętego w niedzielę wyniku. W ciężkim meczu ze Sprickiem przegrali 0:1. Spotkanie zostało rozegrane w bardzo szybkim tempie i było wyrównane. Każda z drużyn miała okazje na objęcie prowadzenia, jednak piłka jak zaczarowana nie chciała wpaść pomiędzy słupki. Dopiero w 23 minucie po dość szczęśliwym uderzeniu Arkadiusza Krasuckiego futbolówka wpadła do siatki Teatru. A ten miał niepowtarzalną okazję na wyrównanie. Dosłownie na sekundę przed końcem „aktorzy” wykonywali rzut karny. Do piłki podszedł Marcin Szymański. Uderzył i … chybił! Po chwili ze spuszczoną głową opuszczał parkiet. Dzięki kompletowi zwycięstw „rowerzyści” są liderem.
Na pewno więcej po minionym weekendzie obiecywali sobie zawodnicy ekipy Golden Team, którzy liczyli na okazałą zdobycz punktową. W sobotę było bardzo dobrze, bowiem „złoci” wywalczyli trzy punkty w meczu z Seco Warwick (3:0). Być może wynik na to nie wskazuje, ale nie był to przysłowiowy spacerek. Każdy kto grał przeciw „piecom” wie, że nie jest to wygodny przeciwnik, którego łatwo zdominować. Co prawda zawodnicy z Zielonej Góry byli lepsi technicznie, jednak mieli spore problemy z przebiciem się pod bramkę rywala, który nie ograniczał się jedynie do obrony, ale próbował się odgryzać i kilkukrotnie był bardzo blisko osiągnięcia celu. Ale bramki strzelali tylko „złoci” w tym dwie Sebastian Hirsch.
W niedzielę rywal był równie niewygodny – Żar Oil&Rejmar, który dzień wcześniej pauzował. Zielonogórzanie rozpoczęli najlepiej jak tylko to było możliwe. Po 40 sekundach gry, po bramkach Jacka Witkowskiego prowadzili już 2:0 (!) i wydawało się, że z upływem minut mogą już tylko zwiększać swoją przewagę. Jednak gole z pierwszej minuty były jedynymi, jakie w tym meczu zdobyli. Później strzelali już tylko „olejarze”. W 4 minucie straty zmniejszył Artur Macul. Wyrównująca bramka padła dopiero w 19 minucie, a jej autorem był Janusz Obuchanicz. Zwycięskiego gola na dwie minuty przed końcem zdobył Grzegorz Przepis.
Najbardziej niespełnioną drużyną jest obecnie chyba Seco Warwick, które nie gra źle, ale ma na swoim koncie zaledwie jeden punkt, a co więcej jest jedyną drużyną w stawce, której nie udało się jeszcze ani razu trafić do siatki rywala. Po przegranej w drugiej kolejce, w niedzielą znów trzeba było przełknąć gorycz porażki. Bolesnej, bo aż 0:4. Takie lanie sprawił „piecom” Klub Galeria, a właściwie Patryk Podwyszyński, który strzelił trzy bramki. Seco naprawdę kilkukrotnie było bliskie zdobycia gola, ale złośliwość losu była aż nadto widoczna. Pewne jest jedno – wynik absolutnie nie odzwierciedla obrazu gry i przegrani nie zasłużyli na taką egzekucję.
W najbliższy weekend kolejne dwie kolejki. Zapowiada się kilka niezwykle ciekawych spotkań, jak chociażby Tombud – Żar Oil&Rejmar, Computec – Teatr Marzeń, czy Kico - Golden Team. W sobotę startujemy o 16-tej, a w niedzielę godzinę później.